O autorze
Związany z branżą marketingu i nowymi mediami. Doradza w zakresie strategii marketingowej oraz wykorzystania mediów społecznościowych w działaniach promocyjnych. Bloger (mediafeed.pl) piszący o niestandardowych formach reklamy, marketingu i nowych technologiach. Trenuje biegi długodystansowe, celuję w udział w Ironman Triathlon.

Wartość słowa

Gdy na moim blogu pisałem o kreacjach reklamowych, najczęściej pisałem o tym, co się nie udało, co mogło być lepiej "ograne", czego można było uniknąć. Wynikało to z faktu, że w Polsce w ostatnim czasie nie było zbyt wielu dobrych kampanii reklamowych lub były one po prostu przeciętne. Ale i to się zmieni, przypomnicie sobie moje słowa! Dziś jednak nie o tym.

Nie o wpadkach dziś będzie. Wręcz przeciwnie. Będzie o czymś pięknym, o czymś, co ujęło mnie już przy pierwszym kontakcie. O czymś, do czego będę wracał, gdy będę chciał przeczytać dobrze napisany manifest marki. Przyznać muszę, że niewiele takich do tej pory czytałem. Kolejny raz zdałem sobie sprawę, że odpowiednio dobrane słowa potrafią zdziałać naprawdę wiele. Potrafią oczarować, nakłonić do refleksji, wywołać pozytywne skojarzenia związane z marką, w końcu... przekonać do dokonania zakupu konkretnego produktu. Zresztą, spójrzcie sami.




Dzięki tego rodzaju manifestom powstawać mogą historie opowiadające markę, mówiące o jej wartościach i doznaniach, jakie chce wywoływać u swoich nabywców. Te historie to obietnice składane konsumentowi przez markę. To gwarancje tego, że pijąc Martini chociaż przez chwilę poczujemy się tak, jak upragniona i wzorowa grupa docelowa produktu. W ten właśnie sposób, pisząc tak dobre treści reklamowe, wśród konsumentów wyzwala się chęć bycia tym, kim dana marka chce nas uczynić. Jeśli nie na zawsze, to przynajmniej na chwilę. A później jeszcze raz na chwilę... I jeszcze raz.

Dziś Martini nie kupiłem. Wiem jednak czego napije się przy najbliższej nadarzającej się okazji. Tak po prostu, aby przypomnieć sobie odczucia związane z kontaktem z tą marką i samym produktem. Nie martwcie się, nie poproszę o Martini "wstrząśnięte, nie mieszane", wiem bowiem dobrze, że to kolejny "rytuał" marketingowy stworzony w celu lepszego kojarzenia produktu. A tak na marginesie - słyszeliście, że Bond w "Quantum of Solace" ostatni raz pił swoje Martini? W "Skyfall" - nowej odsłonie filmu o przygodach agenta 007, główny bohater będzie popijał piwo znanej holenderskiej marki. Szkoda?
Trwa ładowanie komentarzy...