W bieganiu „COŚ” jest!

Wiosnę można już wyczuć w powietrzu, pomimo tego, że sporadycznie serwuje nam chłodne dni, na popularnych trasach biegowych można spotkać coraz większą liczbę biegaczy. Opuścili oni kluby fitness, w których trenowali przez chłodniejsze dni zimy lub zgodnie z sylwestrowymi postanowieniami, dopiero zdecydowali się rozpocząć przygodę z bieganiem.

To pozytywny i krzepiący widok, nie nazywałbym go jednak z pewnością 'modą' na bieganie (choć dla wielu z początkujących taka „moda” jest świetnym motywatorem), ponieważ w Polsce z biegania tacy zieloni naprawdę nie jesteśmy. W większych miastach biegaczy można było wypatrzeć już kilka lat temu, a ich liczba z każdym rokiem rosła i nadal rośnie. Mamy w Polsce po prostu dobry czas na bieganie, dzięki temu w głowach wielu pojawiła się myśl, że warto robić coś dla siebie i znaleźć przynajmniej minimum czasu na trening. Tą w pełni bezpieczną i często niewystarczalną dla bardziej ambitnych dawką nadal pozostaje słynna pigułka zdrowia z lat 80-tych, czyli 3 x 30 minut treningu tygodniowo, dzięki której można zapomnieć na chwile o codzienności, a później wrócić do niej mając znacznie więcej chęci i sił do pokonywania kolejnych trudności.

Przesadzam? Ani trochę! Bieganie pomaga i wyzwala w nas piękne zachowania. Choćby miniony weekend, w trakcie którego odbyło się wiele imprez biegowych w całym kraju, w tym Półmaraton Warszawski, na starcie którego stanęło ponad 7100 osób, pozytywnie nastawionych, mających wspólny cel, chętnie rozmawiających z innymi biegaczami. Imprezy w Polsce to już nie biegi po polnych ścieżkach lub bocznymi ulicami miast, z bólem serca zamykanymi na czas imprezy. To ogromne przedsięwzięcia, które stale się rozwijają, dojrzewają, każdego kolejnego roku są lepiej organizowane, doganiamy biegi europejskie, te największe już od kilku lat mogą rywalizować z biegami na zachodzie. Czego chcieć więcej? Zawodowcom nie mogę wiele życzyć, za daleko mi do Nich. Amatorom (czyli m.in. sobie samemu) i rozpoczynającym zabawę w bieganie, życzyłbym przede wszystkim wytrwałości, ponieważ bieganie to walka z nikim innym, jak z samym sobą. Na trasie jest się wśród kilku tysięcy innych biegaczy, na czas startu to Twoi najbliżsi przyjaciele. Jednak to Ty, Twoje nogi, a przede wszystkim głowa prowadzą Cię do mety. To, co w głowie biegacza dzieje się na ostatnich kilometrach biegu można porównać do zachowań osoby o zmiennych nastrojach - z jednej strony euforia, że już tylko kilka kilometrów do mety, z drugiej strony rozpacz z powodu tego, że tak wiele za mną, ledwo trzymam się na nogach, jeszcze dookoła krzyczą jak oszalali, a sami kilometra by nie przebiegli... Wszystko zmienia się za metą. Ból ustępuje, pojawiają się radość z ukończenia biegu (często z rekordu życiowego), duma z wykonania planu, zdarzy się przybić piątkę z innymi którzy ukończyli lub towarzyszyli nam na trasie... Człowieka zarażonego bieganiem i radością jaką czerpie z tego sportu charakteryzuje jedna ważna rzecz. Po kilku minutach od przekroczenia linii mety, mając medal na szyi, w myślach zastanawia się gdzie i kiedy wystartuje po raz kolejny.

W piątek razem z moją drużyną wyruszamy na półmaraton w Pradze. Będąc świeżo po kontuzji, która nie leczyła się zbyt dobrze, raczej planuje dopingować moją ekipę i przygotować się do szerszej relacji z tego wydarzenia. Podobno na bieg zapisało się… 10 tysięcy ludzi. Taka rzesza ludzi nie może się mylić – w bieganiu „COŚ” jest!
Trwa ładowanie komentarzy...