Co w Euro było najważniejsze?

Tak trochę na gorąco, bo zaraz po przegranym meczu z Czechami, ale ciśnie mi się kilka słów na usta, więc spisuje, póki pamiętam...

Szkoda drużyny Franciszka Smudy, szkoda też chłopaków z kadry, bo sporo serca na boiskach zostawili. Nie awansowali dalej, to fakt. Ale byli najbliżej fazy ćwierćfinałowej od kilkudziesięciu lat, pomimo tego, że tak bardzo pomyliliśmy się w ocenie przeciwników w naszej grupie. Świadczyć o tym może m.in. fakt, że razem z nami odpadła Rosja, która po Czechach w pierwszym meczu przejechała się jak rozpędzony czołg. Dlatego o wyniku sportowym, jakby mniej chciałbym rozmawiać. Zrobi to rzesza innych.

Ale nie wyniki najważniejsze, bo po prostu się nie udało. Mieliśmy w każdym meczu, w każdej pierwszej połowie szans na mocne 2 lub 3:0, jednak kończyło się bez bramek lub skromną zaliczką. Nieważne. Bo ta impreza dała nam dużo więcej niż tylko pozytywny, futbolowy klimat przez kilkanaście dni, w trakcie których pozostawaliśmy "w grze". Działo się naprawdę dużo pozytywnego, pomijając marginalny fakt zamieszek przed meczem z Rosją, naprawdę nie ma czego się wstydzić. Tak, jak również i gry Polaków. Mnie osobiście zabrakło większej mentalności zwycięzców, agresji pitbulla, skaczącego do gardła w kluczowym momencie. Ale cóż, na to jeszcze przyjdzie czas. Jeśli piłkarz nie urodził się z tym, to musi to nabyć w trakcie kariery... albo do końca życia grać w polskiej lidze.

Przez te kilkanaście dni przed i w trakcie turnieju, mieliśmy do czynienia z pozytywnym pompowaniem balonika, jakim do dnia dzisiejszego był awans do ćwierćfinału. Nie było to nierealne, stąd Polacy, ja również, uwierzyliśmy i daliśmy się temu porwać, co było rewelacyjne. Żyliśmy tym, śledząc każdy detal o naszej kadrze i każdą wypowiedź jej dotyczącą. Dzień meczu stawał się dniem o podwyższonym ryzyku nadmiernej euforii.

Przed decydującym meczem z Czechami w internecie zawrzało, w dodatku zawrzało pozytywnie. Kilkanaście, a może kilkadziesiąt memów o zabawnym i kreatywnym przekazie, pozbawionym wulgarności i agresji robiło swoją "robotę". Kolejne osoby wciągane były w grę pt. "Będziemy w ćwierćfinale". Motywujące filmy, o których emisję przed meczem walczyła internetowa, najbardziej aktywna społeczność, działały na wyobraźnie widzów, wzruszały, wzniecały poczucie dumy narodowej, podsycały apetyt. Wieczorem przed telewizorami i na stadionie we Wrocławiu zasiedliśmy licząc na dobry spektakl zakończony wszystkim znaną puentą. Prawie wszystko się sprawdziło, niemal cały scenariusz został odegrany w należyty sposób. Zabrakło jedynie puenty. Tej, która miała stanowić swoistą wisienkę na torcie, zwanym Euro 2012. Nie zjemy jej w tym turnieju, to pewne. Ale nie zapominajmy, że z tej imprezy wyciągniemy kawał solidnej lekcji, dzięki której w kolejnym turnieju będziemy mądrzejsi, bardziej zdecydowani, wyrafinowani i co najważniejsze... bardziej skuteczni. Bo sytuacji do wygrania wszystkich trzech meczów mieliśmy tyle, co nigdy wcześniej. Szkoda, że zabrakło tej "ostatniej mili", decydującego trafienia, kropki nad "i".

Dla mnie minione kilkanaście dni to jeden z najlepszych okresów polskiego piłki pod kątem emocjonalnego i sportowego zaangażowania społeczności. Będę pamiętał pozytywne emocje, które towarzyszyły każdemu zbliżającemu się spotkaniu i rozmowy dotyczące sytuacji "naszych" w turnieju. Będę pamiętał kibiców na stadionach, w fanzone'ach i tych, których widziałem w kilku miastach Polski w zwykłych ogródkach z parasolami. Z pewnością zapamiętam też tych, którzy teraz śpiewają chyba pod moim oknem "niezwyciężone są barwy biało-czerwone". Będę pamiętał, bo mimo faktu, że bardziej od futbolu cenię siatkówkę, triathlon i maratony, mam nadzieję, że niebawem w naszym kraju ponownie zagości podobna atmosfera.

Dzięki Polacy, dla tych chwil warto było organizować Euro. Będę również miał na uwadze to, że zdaniem wielu jestem podobny do Tytonia, prawdopodobnie jednego z naszych najlepszych graczy Polski na tej imprezie. Szkoda tylko, że nie był On drugim napastnikiem.

Jednego mi bardzo żal, zgodnie z postanowieniem będę musiał zgolić zarost. Miał się ostać aż do ćwierćfinałów... albo i dłużej.

Artykuł źródłowy: www.mediafeed.pl
Trwa ładowanie komentarzy...